Home / Miasto  / Ludzie  / Wielki Tydzień: Zazdrość czytania znaków

Wielki Tydzień: Zazdrość czytania znaków

O rekwirowaniu pojazdów, nie tak prostych wyborach tłumu, ubóstwie znaków i szukaniu osobistego spotkania z Jezusem rozmawiałem z o. Jackiem Szymczakiem OP z warszawskiego klasztoru na Freta. 


Zbliżają się do Warszawy i Jezus mówi: „Idźcie, weźcie pierwszy samochód z salonu, którym jeszcze nikt nie jeździł, a jak ktoś zapyta, co robicie, to powiedzcie, że Pan go potrzebuje”. To tak by wyglądało dzisiaj?

Ta scena, kiedy Jezus wysyła uczniów po osiołka jest znakiem mesjańskim. To nie tylko jakieś wydarzenie. Prawo rekwirowania sprzętu drogowego, czy środków transportu miał tylko ktoś kto jest albo królem, albo jest z dworu królewskiego. Ten, kto by dzisiaj spotkał uczniów, którzy mówią „Potrzebujemy Twojego auta”, musieliby zidentyfikować, że jest to potrzeba kogoś, kto ma władzę. To nie jest pierwsze lepsze zachowanie – odebranie komuś środka transportu, ale do tego prawo miał król. Gdybyśmy dzisiaj obserwowali tę sytuację, to apostołowie musieliby być po pierwsze kimś rozpoznawalnym i kojarzonym z ludźmi władzy. Ich pojawienie się musiałoby oznaczać pojawienie się władzy. Środek transportu nie jest potrzebny im, ale komuś kogo reprezentują.

Dzisiaj większość scen tego typu kojarzy się z policją lub wojskiem.

Tak, ale ludzie naturalnie wiedzą, że wojsko, czy policja ma prawo rekwirowania. I tak jest w dzisiejszej Ewangelii, ludzie wiedzieli, że osiołka rekwiruje ktoś, kto ma władzę i to władzę najwyższą. Ta scena wydaje się może banalna, ale to scena typowo mesjańska, mająca podkreślić już w tak na pozór nic nie znaczącym fragmencie, że to będzie król.

Tak, o królu wjeżdżającym na osiołku mówią też prorocy, ale dzisiaj król nie kojarzy się z osłem. Osioł kojarzy się ze Shrekiem, to jest pierwsze skojarzenie, ale w żaden sposób nie łączy się z czymś królewskim. Dlaczego akurat to zwierzę?

Wtedy to zwierzę było naturalnym środkiem transportu dla władcy, który przychodzi pokojowo. Nie wjeżdża na koniu jako agresor, jako ten, który chce przejąć władzę siłą. Kiedy widzimy św. Pawła, który wjeżdża na koniu do Damaszku, wiemy, że on nie wjeżdża tam, żeby się gościć z chrześcijanami, ale żeby ich zabijać. Jezus używa bardzo prostego, ale zwyczajnego środka transportu i zaskakuje. Tak samo jak my dzisiaj wytrzeszczamy oczy i zastanawiamy się jak papież może poruszać się tak starym samochodem, ale tego typu znak ma ogromną moc opowiedzenia kim jest osoba, która czymś takim podróżuje. To, co widzimy w silnych znakach papieża Franciszka, w jego skromnych znakach, które mają coś opowiedzieć. Jezus wybiera podróżowanie osiołkiem, żeby także ludziom opowiedzieć, że przychodzi do ich życia delikatnie, za ich zgodą, a nie jako ktoś, kto chce być agresorem.

Papież Franciszek porusza się samochodem, który już nie rzuca się w oczy, ale ostatnio mówił o tym, że najbardziej brakuje mu wyjścia nierozpoznanym na pizzę. Jak to się stało, że Jezus (a nawet Jego uczniowie, którzy na wspomnienie Jego imienia, byli nawet w stanie dostać osła) był aż tak rozpoznawalny w tamtym czasie?

Jezus posługiwał się w wielu rzeczach kodem, który był rozpoznawalny przez ludzi tamtej epoki. Jeżeli wyganiał przekupniów ze świątyni, to oni widzieli w tym znak prorocki. Prorocy oczyszczali tak też świątynię z bożków i obcych kultów. My dzisiaj w tej scenie skupiamy się na tych stołach, gołębiach i handlarzach, a dla nich to był zupełnie inny znak. Wydaje mi się, że Jezus wykorzystywał znaki, które były bardzo szybko interpretowane przez ludzi. To, co mieli ci ludzie, a czego my nie mamy, mimo iż mówimy, że mamy najbardziej rozwinięte formy komunikacji, to mieli więzi międzyludzkie. To, co my dzisiaj nazywamy marketingiem szeptanym. Jeden drugiemu opowiadał co widział, co słyszał od Jezusa, o Jezusie, co mu inni przekazali. To dzięki temu ludzie zjawili się u bram Jerozolimy. Chociaż pamiętajmy, że ta znajomość Jezusa była bardzo powierzchowna. Oni oczekiwali kogoś innego, to jak entuzjazm powstania warszawskiego. Ludzie oczekiwali czegoś, co przyniesie wyzwolenie polityczne, dlatego witali go w zasadzie jak wyzwoleńczą armię. Bardzo szybko okazało się, że te oczekiwania były błędne.

To nie jest samochód papieża Franciszka.

To nie jest samochód papieża Franciszka.

Czy w takim razie skoro mamy osła, na którym Jezus wjeżdża do Jerozolimy, czy znak oczyszczenia świątyni, czy my w takim razie jesteśmy ubożsi o to, że nie mamy proroctw, na których spełnienie czekamy? Czy nie jesteśmy jak dzieci we mgle, które nie wiedzą co jest znakiem Bożej działalności, a co zupełnie nim nie jest?

Ewangelia Niedzieli Palmowej to jest Ewangelia opowiadająca tak naprawdę o tym, jak Pan Bóg przychodzi do mojego życia. O tym, że ja cały czas Boga nie rozpoznaję. Ja Pana Boga często oceniam przez pryzmat mojego wyobrażenia o Nim. Tak samo jak ludzie, którzy oczekiwali mesjasza politycznego, co widać w wyraźnym znaku wyboru Barabasza. Tam są dwa modele mesjasza. Jeden, który walczy z okupantem i zabija Rzymian, ale ma przynieść niepodległość i drugi – Jezus, który tak naprawdę przegrał. Wybór między Jezusem i Barabaszem jest wyborem między dwoma modelami mesjaszy w naszym życiu. Jezus przychodzi jako ten, który jest ukrzyżowany, zmartwychwstały, który na pierwszy rzut oka przegrywa. My mamy trudność dzisiaj w rozpoznawaniu znaków, bo przede wszystkim nie znamy Pisma Świętego. Nie kojarzymy nawet czytając Ewangelię, że Jezus przez to, co robi, chce coś opowiedzieć. Od momentu wynalezienia fotografii nasze głowy tak interpretują rzeczywistość, że kiedy czytamy opis czegoś, nam się wydaje, że to fotografia. Ile było osób, czy był osiołek, jakie płaszcze, jakie gałązki palmowe. Wszystko chcielibyśmy zobaczyć na filmie dokumentalnym. Nie potrafimy jako ludzie chrześcijaństwa zachodniego czytać ewangelię symbolicznie. Ale żeby ją tak czytać, muszę mieć odniesienie do znaków Starego Testamentu i zobaczyć jak to się w Jezusie wypełnia. Ewangelia ma odpowiedzieć kolejnym pokoleniom wierzących kim był Jezus. Ważne jest, że przychodzi jako mesjasz-król. Ludzie oczekiwali innego przyjścia – u proroków są grzmoty, wicher, błyska, tak Bóg przychodził do miasta świętego. A my widzimy inny opis przyjścia Boga, który może rozczarowywać. Nieznajomość Pisma Świętego utrudnia nam przekładanie tego do codzienności, czyli jak Bóg przychodzi do mojego życia. Skoro faryzeusze przy ich wiedzy religijnej nie rozpoznali Jezusa, to nie byłbym taki pewny, czy nam by się to udało.

Pierwsze pytanie, które dostaję od znajomych jak słyszą, że studiuję teologię, to: „Czy już staciłeś wiarę?”

To był właśnie problem faryzeuszy, którzy nie rozpoznali Jezusa, bo nie spełniał ich oczekiwań. Jezus przychodzi zawsze w sposób ubogi, będzie tam, gdzie są grzesznicy. Pytanie, które mnie nurtuje, to z kim by dzisiaj Jezus siedział? My, jako wierzący, byśmy się tym zgorszyli. Byśmy się dziwili: „ale jak to? Dlaczego nie z nami?” To pytanie bardzo mi przybliża Ewangelię. Ja zazdroszczę ludziom tamtego pokolenia czytania znaków i odczytywania obecności Pana Boga. My lubimy to robić w sposób czasem apokaliptyczny, symboliczny, a nie potrafimy dostrzec Boga w tych, których sam nazywa najmniejszymi. Jezus przychodzi do naszego życia nierozpoznany, pod płaszczem pokory, ubóstwa i tak będzie całe życie. Nawet gdybyśmy go spotkali i minęli wjeżdżającego do Jerozolimy, czy do Warszawy, to wydaje mi się, że byłaby to krótkotrwała atrakcja, który by nic nie zmienił w naszym życiu.

Ten sam tłum, który krzyczał „Hosanna!”, to był ten sam tłum, który kilka dni później krzyczał „Na krzyż!”. Czy to potwierdzenie tego, że rządzą nami te same mechanizmy manipulacji?

To najmocniej widać w scenie z Barabaszem. Kiedy czytamy „Jezusa z Nazaretu” autorstwa Benedykta XVI, opisuje on w cudowny sposób tę scenę przypominając, że Barabasz to imię, które znaczy „Syn Ojca”. Do IV wieku w rękopisach Barabasz miał jeszcze jedno imię – Jezus. Tragizm tej sytuacji polega na tym, że przed tłumem stają dwa wzory mesjasza, jeden i drugi nazywa się Jezus Syn Ojca. Jednak jeden z nich jest mesjaszem politycznym, drugi wskazującym Królestwo Niebieskie. My byśmy w naszym życiu chcieli Boga, który się rozprawi z tym światem. Który przyjdzie i zaprowadzi porządek, wszystko poukłada, żeby wyszło na nasze. Przecież to jest nasze oczekiwanie! My nie chcemy wybierać Jezusa, który przegrał, który pochodzi z wioski schowanej jeszcze za Ustrzykami Górnymi. Ten moment manipulacji pokazuje jak łatwo rządzić tłumem odwołując się do bardzo prymitywnych instynktów szybkiej korzyści i zemsty. Nie zapominajmy, że na tych instynktach pracuje też pokusa w naszym życiu.

Nie zawsze to jest taki prosty wybór. Tak jak tłum wybierał między Jezusem Synem Ojca, a Jezusem Synem Ojca, podobnie jest z naszymi wyborami..

Lubimy zrobić z tej sceny z Barabaszem taką biało-czarną scenę i powiedzieć: „no jak to? Barabasza, takiego łobuza wybrać?” To nie jest biało-czarny wybór, to jest wybór między obrazem Boga w moim życiu. Czy ja się godzę na to, żeby pójść za Jezusem, który w rachubie ludzkiej przegrywa? Mamy być ziarnem, które ma obumrzeć. Nie jesteśmy po to, żeby odnosić tryumf w świecie, żeby wyszło na nasze. Oskarżenie Jezusa wzięło się z tego, że ludzie nie wiedzieli kim On jest.

Przerażająca tutaj jest także samotność Jezusa. To, że zostawili go ludzie, którym kilka godzin temu opowiadał o tym, że czyni ich przyjaciółmi, nie sługami. Zostali storpedowani miłością, zazdrościmy im tego momentu bliskości. Wystarczyło kilka godzin, żeby Go zostawili. Liderzy Kościoła, pasterze. Co by było dzisiaj? Ale to już wyjście poza temat.

Jezus po wjeździe do Jerozolimy udał się do świątyni i wszystko dokładnie obejrzał. Przechodząc do liturgii Niedzieli Palmowej, która jest wyjątkowa. Przecież męka i samotność Jezusa jest także w tej liturgii obecna. Mamy dzieci, księdza machającego kropidłem na prawo i lewo, konkurs na najwyższą palmę, a za chwilę Jezus umiera, czytana jest męka.

Błędem jest oddzielanie tego. Tryumf Jezusa wjeżdżającego do Jerozolimy jest nierozłączny z tryumfem, który się dokonuje na krzyżu. Jezus rozpoczyna moment swojej intronizacji wjeżdżając do Jerozolimy, ale kończy tę intronizację na krzyżu. Zwycięstwem jest poranek Wielkanocny, ale nie można szatkować tych wydarzeń. W tej narracji jest ciągłość. Kiedy patrzymy na opis męki Jezusa u Jana, widzimy kalkę obrzędu intronizacji króla. Wszystko co się dzieje wobec Jezusa, to znaki intronizacji króla.

Zmieniają się nastroje tłumu, ale tłum jest zawsze nietrwały. Tłum nie może być miarą ważności osoby. Nam się często wydaje, że skoro są tłumy, no to znaczy, że jest wszystko w porządku. Masowość jest bardzo kiepskim miernikiem poparcia. Nie wolno ulec pokusie tłumu. Nie da się ewangelizować tłumu – to zawsze musi być kontakt twarzą w twarz.

Ludzie w autobusie

Jak dzisiaj w kontekście tłumu w kościele, w szkole, w pracy nauczyć się wsłuchiwać w Boże znaki? Jak się wsłuchiwać tak, żeby nie dać się zmanipulować z żadnej strony, także ze strony Kościoła? Jak odczytywać te znaki zwłaszcza w Wielkim Tygodniu?

Tłum nie jest modelem ludzi wierzących, jest nim wspólnota. Przewrotnie odpowiem na to pytanie. W tych dniach wspólnota Kościoła ma być znakiem dla tych, którzy są obok. My nie musimy zawsze znaków odczytywać, tylko teraz my mamy być znakiem dla ludzi, którzy są letni, którzy stracili wiarę. Jak sprawić, że my przeżyjemy tak święta, że Ci, którzy nas widzą zapytają: „Dlaczego nie robisz tego, co wszyscy?” Nam się wydaje, że powinniśmy się postawić w jakiejś kontrze. Wczoraj miałem spotkanie z pewną grupą i powiedziałem im, że jeżeli chcecie sprawić, żeby bliscy zaczęli zadawać wam pytania o wiarę, to zrezygnujcie ze święconki i pokażcie, że jesteście w stanie świętować wigilię paschalną bez święconki, bez sprzątania, bez chodzenia „po grobach”. Takie znaki mogą mieć ogromną moc. Mogą pomóc zmienić mentalność, że my musimy ciągle zauważać Boga w naszym życiu. Jeżeli jestem wierzący, to tak jak mówi liturgia, żeby na obliczu Kościoła jaśniało oblicze Chrystusa. Żeby ludzie patrząc na nas mówili: „Bóg jest obecny”.

W tym kontekście można inaczej odpowiedzieć na pytanie o nasze ubóstwo znaków, bo ludzie współcześni Jezusowi, nie mieli perspektywy stawania się znakiem Bożej obecności?

Jezus, który przez swoje zachowanie odcedzał wiarę od kultu, na przykład działając w szabat, chciał pokazać, że to On jest Bogiem. Zmuszał w ten sposób ludzi do zadawania pytania: „jakim prawem to czynisz, kim Ty jesteś?” To jest coś, co miało wtedy ogromną siłę i ma ją dzisiaj. Nasz problem polega na tym, że ludzie spoza Kościoła nie widzą nas jako znaki.

Czy Niedziela Palmowa i cały Wielki Tydzień to jest dobry czas, żeby zacząć żyć tak, żeby ludzie nas pytali: „Jakim prawem to robisz? Dlaczego tak żyjesz?”

Pierwszym krokiem ma być moje osobiste spotkanie z Jezusem. Prawdziwym, nie takim, jakiego się spodziewam. Moje dawanie świadectwa jest zawsze wtórne, jest zawsze wynikiem tego spotkania. Może ten tydzień będzie dla mnie czasem oczyszczenia obrazu Jezusa. Każdy ma inną misję na ten tydzień, nie ma globalnego zadania. Dla jednego będzie to pytanie „kim jest dla mnie Jezus?”, czy wpuszczam go w bramy mojego życia tak, jak były otwarte bramy Jerozolimy? Czy Bóg budzi we mnie entuzjazm? Wielki Tydzień jest czasem znaków, także dawanych przez nasze życie. Można się zamienić w te dni w recenzentów wydarzeń biblijnych i powiedzieć, że my byśmy się zupełnie inaczej zachowali.

Niedziela Palmowa to dobry czas, żeby w ostatniej chwili stać się recenzentem swojego życia, swojego Wielkiego Postu?

Ja bym w Niedzielę Palmową już nie wracał do przeszłości. To może być zamknięcie się we frustracji, że kolejny wielki post nie wyszedł. Teraz wzrok powinien być już skierowany na święta paschalne. Teraz potrzebuję Zbawiciela, żeby przyszedł do mojej Jerozolimy jako król, bo dopóki ja byłem królem, to zawsze było kiepsko. Jezus wjeżdża do miasta pośrodku codzienności, prawdopodobnie nikt się Go nie spodziewał i tak przychodzi Jezus. Spotyka nas i zaskakuje w codzienności, w takich sytuacjach i ludziach, których się zupełnie nie spodziewamy. Tak lubi.


 

o. Jacek Szymczak OP

o. Jacek Szymczak OP

Z powołania uczeń św. Dominika w Zakonie Kaznodziejskim. Obecnie pracuje w Katolickiej Agencji Informacyjnej w Warszawie. Wcześniej zaangażowany w ewangelizację w klasztorze wrocławskim, gdzie szczególną opieką otaczał środowisko akademickie. Z pasji znany wielbiciel różnych wymiarów kolejnictwa oraz wierny czytelnik dorobku Josepha Ratzingera. Ceniony również za warsztat dziennikarski, znajomość współczesnych mediów społecznościowych oraz komunikacji doby wirtualnej. (biogram za 2ryby.pl)

Teolog szukający piękna w świecie. Ciekawy świata, lubi chodzić z podniesioną głową po ulicach Warszawy. Czyta książki w autobusach, w autobusach też lubi spać. Często łączy jedno z drugim (czyli zasypia podczas czytania w komunikacji). Od kilku lat idzie przez życie za rękę z bł. Karolem de Foucauld (i Narzeczoną oczywiście!).

Brak komentarzy

Sorry, the comment form is closed at this time.